Zdobycie przylądka Kinnarodden pod koniec maja to ekstremalne wyzwanie rzucone arktycznej zimie. To najdalej na północ wysunięty punkt kontynentalnej Europy – dziki, surowy i nieprzewidywalny. My jednak podjęliśmy rękawicę. Spakowaliśmy zapasy, w Mehamn wypożyczyliśmy GPS, a do rąk dostaliśmy mapę, która miała być naszym przewodnikiem. To dzięki niej udało nam się przejść po skutych lodem jeziorach i strumieniach, choć rzeczywistość szybko zweryfikowała papier – kilka punktów na mapie okazało się błędnych.Pierwsze dwa dni były jak z bajki: bezkresne słońce, które ani na moment nie kryło się za horyzontem, i surowy krajobraz tundry pokrytej śniegiem. Dzień trwał pełną dobę. W tej lodowej pustyni byliśmy zupełnie sami – towarzyszyły nam jedynie przemykające w oddali renifery. Drugiego dnia surowy czas Arktyki zaczął nas jednak doganiać. Kilometry uciekały wolniej, niż zakładaliśmy. Rozsądek wygrał z ambicją – postanowiliśmy zawrócić.Ta decyzja uratowała nas przed najgorszym. Gdy po drugiej nocy zwinęliśmy namiot, niebo natychmiast pociemniało. Arktyka pokazała swoje drugie, mroczne oblicze. Gwałtowne załamanie pogody, gęsta mgła i deszcz odcięły nas od świata, redukując widoczność niemal do zera. Powrót stał się morderczą walką o przetrwanie. Ślady, które zostawiliśmy na śniegu, zmył deszcz. Każdy śliski kamień i każdy krok potęgowały zmęczenie. W tej szarej zawiei minęliśmy spłoszone stado reniferów, a wśród nich maleństwo, które przed chwilą przyszło na świat i bezskutecznie walczyło o równowagę na koślawych nóżkach. Do naszej „Berty” dotarliśmy wycieńczeni, zestresowani, z rozbitym kolanem i po przyjacielskiej sprzeczce, którą wywołały nerwy. Ale przede wszystkim – wróciliśmy szczęśliwi. Kinnarodden tym razem wygrał, ale my złożyliśmy tam obietnicę: jeszcze po nas przyjdziesz. Wrócimy, by dokończyć tę drogę.